Spamujesz mi umysł, dzięki. Niestety nie chce mi się go nawet czyścić,.Twój spam zatruwa mnie emocjonalnie, zabija od wewnątrz, zawirusowuje mi zdrowy rozsądek, który już chyba straciłam dawno temu, jeżeli w ogóle kiedykolwiek go posiadałam. Najbardziej odrzuca mnie moja naiwność, a największy ból zadają mi emocje, które wymykają się spod kontroli, robią wyszstko na przekór, jakby były jakimiś popierdolonymi nastolatkami, albo obrońcami krzyża. Zapowiada się ciężki tydzień, śmiało mogę powiedzieć, że to pierwsze takie wyzwanie, jakie sobie postawiłam. Dam radę. A Ty zrobisz z tym co chcesz.
Tagi:
sercowy spam
23.10.2010 o godz. 11:10
komentuj (0)
I tak sobie siedzę, i myślę, i wspominam sytuację sprzed roku. To był jeden z najcięższych moemntów w naszej karierze, kiedy to wydawało sie, ze każde z nas pójdzie w swoją stronę, bo wsyzstko między nami zaczęło sie rozluźniać. Warto jednak wspomnieć o naszej walce, walce z samym sobą jakiej udało nam się dokonać. Codzienne rozmowy na temat tego jak źle sie czujemy, i tysiące pomysłów jak je rozwiązać. Nie obeszło sie bez skrywanych uraz i kwasu, tykajacych w nas niczym bomba zegarowa. Pamiętam, jak myślałam, że to koniec. Teraz widzę jak bardzo się myliłam. Kryzysy pojawiają się zawsze, trzeba dużo rozmawiać, spokojnie, walczyć z samym z sobą, z niechęcią jaka sie pojawia w umysle, w tkaich momentach może przemawiac tylko serce i wspomnienia, które uświadamiją jak wiele już mamy za sobą. W takich chwilach człowiek nie może myśleć o końcu. Musi zmagać się z e swoją urażoną dumą, tylko po to by zwyciężyć i zyskać coś silnego, coś nie do zniszczenia przez trześięnia ziemi, tsunami czy inne katastrofy usiłujące unicestwić Twoje serce. Pamięć w takich chwilach jest bezcenna. To ona uświadamia wagę przeszłości, która pomaga zawalczyć o lepszą przyszłość. To, czego udało nam się dokonać jest naszym największym osiągnięciem, chyba w życiu ni4 byłam z siebie bardziej dumna. Tfu, z nas. Chciałabym, by kolejna walka, która jest przede mną również sie tak zakończyła. Ale narazie chyba nie ma oczym mówić.
ja tak długo nie wytrzymam, po prostu wykończę się nerwowo. Albo raczej tylko tak mi się wydaje. Przecież ja jestem wytrwała w tej kategorii. Dwa lata, to całkiem niezły czas i dystans jaki przebyłam. Już sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Mam ochotę na szklankę whiskey i paczuszkę czerwonych Marlboro. To chyba jedyne co jest w stanie ukoić moje skołatane nerwy, uspokoić serce wyrywające się z klatki piersiowej i uciszyć niespokojne tabuny dziwnych myśli, które nieudolnie próbuję zagłuszyć muzyką i słowami.
Tagi:
skołatanie
Jestem chyba w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądać zima w moim wykonaniu i co raz bardziej zaczyna mnie to przerażać. Ja nie chcę powtórki z rozrywki.
Najchętniej wyrwałabym sobie serce, podeptała, po nakłuwała szpilkami jak laleczkę voo doo, a na koniec oblała wódką, by zabolało kurewsko mocno, po raz ostatni, zanim wrzucę je do ognia. To obecnie największe pragnienie, oczywiście poza cholernie ogromną ochotą by Cię mieć.
Najchętniej wyrwałabym sobie serce, podeptała, po nakłuwała szpilkami jak laleczkę voo doo, a na koniec oblała wódką, by zabolało kurewsko mocno, po raz ostatni, zanim wrzucę je do ognia. To obecnie największe pragnienie, oczywiście poza cholernie ogromną ochotą by Cię mieć.
Tagi:
serce
Wyraźnie przestaję sobie radzić. Papieros przestaje cieszyć wraz z pojawieniem się bólu gardła i zbieraniną beznadziejnych myśli. Wspomniana już wcześniej przeze mnie wszechobecna beznadziejność poraża i rozprzestrzenia się w moim organizmie niczym infekcja stulecia, atakuje każdy mój organ, mój mózg wysycha, serce pęcznieje i wali nieokiełznanie, podczas gdy reszta ciała nie za bardzo wie co ze sobą zrobić. Jedynie płuca zdają się mieć pewność co do swoich potrzeb - niemal co chwilę domagają się o kolejną dawkę jakże kojącej nikotyny, z kolei gardło prostestuje i osłabia płucny instynkt. Oczy się niby zamykają, ale są tak cięzkie, że domnkięcie ich sprawia mi niewyobrażalnie ogromny wysiłek, za każdym razem walczę, nawet nie mam pojęcia z kim, z czym, nie wiem, która część mojego ciała się buntuje przeciwko reszcie swoich pobratymców. Uszy utraciły swą harmonię, chcą rozwodu; każde z nich pragnie chłonąć inne dżwięki, z kolei mózg próbuje uzewnętrznić swoje uczucia, usta jednakże odrzucają propozycję współpracy, chociaż tak naprawdę nie mają nic ambitniejszego do roboty. Sama dziwię się sobie, że potrafię jeszcze zapanować nad palcami moich dłoni i nad tym, że moje nogi utrzymują resztę ciała w pionie. Mój żołądek wyraźnie domaga się zabójczej dawki alkoholu, dłonie pragną dzierżyć dumnie papierosa, a włosy pragną przesiąknąć takowym dymem. Czuję się rozrywana, czuję, że tracę kontrolę nad sobą, pojawia się we mnie wiele wykluczających się pragnień, z czego jak myślę najsilniejszą jest chęć upicia się.
Tagi:
czas rozrywania
Koniec życia internetem. To teraz jest moja jedyna główna miejscówka w sieci. Tu mogę być sobą, zero lansu dyliżansu, od kontaktu ze znajomymi jest rzeczywistość, a nie głupawy teraz fejsbuk.
Swoją drogą cieszę się, że podjęłam tę decyzję teraz, przed nowym, jakby nie było, etapem życia.
Kilka minut temu ta najbardziej nienawidząca ludzi część mnie była w niezłej rozsypce, wystarczyło jednak wpuścić w swoje płuca trochę dymu, by się opanować. Z drugiej strony to zatrważające jak kilka miligramów substancji smolistych na mnie działa. Niezwykle kojąco.
Działa również negatywnie, ale to nie jest teraz najważniejsza, jestem z siebie trochę dumna i czuje cholerną satysfakcję.
Swoją drogą cieszę się, że podjęłam tę decyzję teraz, przed nowym, jakby nie było, etapem życia.
Kilka minut temu ta najbardziej nienawidząca ludzi część mnie była w niezłej rozsypce, wystarczyło jednak wpuścić w swoje płuca trochę dymu, by się opanować. Z drugiej strony to zatrważające jak kilka miligramów substancji smolistych na mnie działa. Niezwykle kojąco.
Działa również negatywnie, ale to nie jest teraz najważniejsza, jestem z siebie trochę dumna i czuje cholerną satysfakcję.
Podobno jestem dojrzalsza.
Oczywiście powyższa opinia jest subiektywną, bo nie ma innego wyjścia. Zetknęłam się też z innymi ocenami mojego psychorozwoju, o ile w ogóle istnieje takie pojęcie.
Pół roku temu nie byłam jeszcze ateistką, z powodu dzieciństwa pełnego religijnej indoktrynacji. Zdecydowałam wtedy przyjąć bierzmowania i uczestniczyć w jego przygotowaniach sratatata. Spowiedź obowiązkowa. Obnażenie, wstyd, upokorzenie, sadyzm, w moim przypadku nie połączony z masochizmem. Spowiedź mnie odrzuca. Czuję się molestowana, gwałcona umysłowo. Nie lubię opowiadać obcym ludziom o swoich błędach, kiedy tak trudno jest się przyznać przed samym sobą. mam opowiadać co zrobiłam "nie tak" obcemu człowiekowi.
Poszłam jednak do tej cholernej spowiedzi. 27 grudnia 2009 roku rozebrałam się emocjonalnie przed jakimś grubym czterdziestolatkiem w białej szmacie.
na pytanie kiedy ostatni raz byłam u spowiedzi odpowiedziałam, że około trzech lat wcześniej. Na to usłyszałam, że psychicznie mój rozwój zatrzymał się dokładnie z dniem ostatniej spowiedzi. Nie powiem, że nei miałam ochoty wstać, odwrócić się na pięcie i wyjść z tego zafajdanego miejsca.
Ale zszokowana dalej klęczałam przed tym ohydnym człowiekiem przez następne minuty jego z całym szacunkiem, pierdolenia.
Pierdolenia? Tak! Żaden człowiek nie ma prawa mnei oceniać i mierzyć miarą wąłsnego kręgosłupa moralnego, ponieważ każdy został obdarzony jednym, tak samo jak jedną osobowością. Kręgosłup moralny, sumienie, wartości, wspomnienia, nie funkcjonują w komunie. Każdy jest indywidualna jednostką, nikt nie ma prawa narzucać mu czegokolwiek "właściwych wartości", każdy sam powinien nauczyć się odróżniać dobro od zła, i nawzajem. A raczej właściwe uznać, co jest dobre, a co nie.
Kończać moje wypociny - cytat, który powinien stać się pierwszym przykazaniem każdego człowieka (według mnie oczywiście, jedna z moich czołowych zasad, jakimi kieruję się w życiu):
Oczywiście powyższa opinia jest subiektywną, bo nie ma innego wyjścia. Zetknęłam się też z innymi ocenami mojego psychorozwoju, o ile w ogóle istnieje takie pojęcie.
Pół roku temu nie byłam jeszcze ateistką, z powodu dzieciństwa pełnego religijnej indoktrynacji. Zdecydowałam wtedy przyjąć bierzmowania i uczestniczyć w jego przygotowaniach sratatata. Spowiedź obowiązkowa. Obnażenie, wstyd, upokorzenie, sadyzm, w moim przypadku nie połączony z masochizmem. Spowiedź mnie odrzuca. Czuję się molestowana, gwałcona umysłowo. Nie lubię opowiadać obcym ludziom o swoich błędach, kiedy tak trudno jest się przyznać przed samym sobą. mam opowiadać co zrobiłam "nie tak" obcemu człowiekowi.
Poszłam jednak do tej cholernej spowiedzi. 27 grudnia 2009 roku rozebrałam się emocjonalnie przed jakimś grubym czterdziestolatkiem w białej szmacie.
na pytanie kiedy ostatni raz byłam u spowiedzi odpowiedziałam, że około trzech lat wcześniej. Na to usłyszałam, że psychicznie mój rozwój zatrzymał się dokładnie z dniem ostatniej spowiedzi. Nie powiem, że nei miałam ochoty wstać, odwrócić się na pięcie i wyjść z tego zafajdanego miejsca.
Ale zszokowana dalej klęczałam przed tym ohydnym człowiekiem przez następne minuty jego z całym szacunkiem, pierdolenia.
Pierdolenia? Tak! Żaden człowiek nie ma prawa mnei oceniać i mierzyć miarą wąłsnego kręgosłupa moralnego, ponieważ każdy został obdarzony jednym, tak samo jak jedną osobowością. Kręgosłup moralny, sumienie, wartości, wspomnienia, nie funkcjonują w komunie. Każdy jest indywidualna jednostką, nikt nie ma prawa narzucać mu czegokolwiek "właściwych wartości", każdy sam powinien nauczyć się odróżniać dobro od zła, i nawzajem. A raczej właściwe uznać, co jest dobre, a co nie.
Kończać moje wypociny - cytat, który powinien stać się pierwszym przykazaniem każdego człowieka (według mnie oczywiście, jedna z moich czołowych zasad, jakimi kieruję się w życiu):
Pomimo wszelkich pozorów nie możemy sądzić innych, bo nie wiemy:
co ludzie musieli znieść;
czego próbowali;
co ich zamknęło.
Pomimo wszelkich pozorów nie możemy, ja także, sądzić innych, ponieważ:
ten, kto wydaje się spać, być może jest skupiony;
ten, kto wydaje się, że nie reaguje, może jest opanowany;
ten, kto upodabnia się do dziecka, być może jest mądrym starcem.
co ludzie musieli znieść;
czego próbowali;
co ich zamknęło.
Pomimo wszelkich pozorów nie możemy, ja także, sądzić innych, ponieważ:
ten, kto wydaje się spać, być może jest skupiony;
ten, kto wydaje się, że nie reaguje, może jest opanowany;
ten, kto upodabnia się do dziecka, być może jest mądrym starcem.
Michael Quoist
Poprzednia notka powstawała pod wpływem emocji, co chwilę poprawiałam więc jakieś literówki, bo moje palce stukały w klawiaturę zbyt nerwowo i za szybko.
Przykre jest to, jak w pewnych momentach tracimy kontrolę nad samym sobą. Wydaje nam się, że mamy wolne umysły, niezależne od ciała, a tu psikus. Rządzą nami hormony lub chwilowy głód. Cholernie irytujące. Nie umiem sobie z tym radzić, chciałabym mieć wolny umysł od tego wszystkiego, działać rozsądnie, i zawsze móc zastanowić się na spokojnie, czy podejmuję dobrą decyzję. W większości jednak mi się to nie udaje. Podejmuję decyzje pod wpływem chwili, nastroju i okoliczności. Często nie jestem określić w jakiej sytuacji się znajduję, zastanowić się nad konsekwencjami moich wyborów, bo niektóre po prostu nie przychodzą mi do głowy. Momentami chciałabym spojrzeć na to wszystko z lotu ptaka, żeby zobaczyć sytuację z innej perspektywy. Problem jednak tkwi w tym, ze to też byłoby subiektywne. Każda perspektywa jest subiektywna, a subiektywizm jest cholernie irytujący. Momentami chciałabym pozbyć się własnej osobowości, by tylko móc spojrzeć na sprawę obiektywnie. Ale obiektywizm nie istnieje. Będąc kimś, jest się właśnie jakąś konkretną jednostką i nie jest się w stanie spojrzeć na nic obiektywnie. Nie możemy się wyzbyć własnych przekonań, doświadczeń, wspomnień. I nigdy nam się to nie uda.
Chyba na tym polega bycie człowiekiem. Bycie sobą.
Z jednej strony przykre, z drugiej cudowne. Nie wiem tylko, czy bardziej cudowne, czy bardziej przykre. Ale nie jestem w stanie obiektywnie tego ocenić. Ani nikt z nas.
Przykre jest to, jak w pewnych momentach tracimy kontrolę nad samym sobą. Wydaje nam się, że mamy wolne umysły, niezależne od ciała, a tu psikus. Rządzą nami hormony lub chwilowy głód. Cholernie irytujące. Nie umiem sobie z tym radzić, chciałabym mieć wolny umysł od tego wszystkiego, działać rozsądnie, i zawsze móc zastanowić się na spokojnie, czy podejmuję dobrą decyzję. W większości jednak mi się to nie udaje. Podejmuję decyzje pod wpływem chwili, nastroju i okoliczności. Często nie jestem określić w jakiej sytuacji się znajduję, zastanowić się nad konsekwencjami moich wyborów, bo niektóre po prostu nie przychodzą mi do głowy. Momentami chciałabym spojrzeć na to wszystko z lotu ptaka, żeby zobaczyć sytuację z innej perspektywy. Problem jednak tkwi w tym, ze to też byłoby subiektywne. Każda perspektywa jest subiektywna, a subiektywizm jest cholernie irytujący. Momentami chciałabym pozbyć się własnej osobowości, by tylko móc spojrzeć na sprawę obiektywnie. Ale obiektywizm nie istnieje. Będąc kimś, jest się właśnie jakąś konkretną jednostką i nie jest się w stanie spojrzeć na nic obiektywnie. Nie możemy się wyzbyć własnych przekonań, doświadczeń, wspomnień. I nigdy nam się to nie uda.
Chyba na tym polega bycie człowiekiem. Bycie sobą.
Z jednej strony przykre, z drugiej cudowne. Nie wiem tylko, czy bardziej cudowne, czy bardziej przykre. Ale nie jestem w stanie obiektywnie tego ocenić. Ani nikt z nas.
Miał być ładny wstęp, powitanie, baloniki, serpentyny i fajerwerki, ale jak zwykle mi nie wyszło. Przeniosłam się tu z innego bloblowego zakątka, by uzyskać upragniony spokój.
Czemu ludzie, w sumie jeden, a tak naprawdę własna matka nie jest w stanie uszanować mojego ateizmu? Ja szanuję jej wiarę, chociaż dla mnie to wszystko jest jeden pic na wodę, totalna bzdura, bajka, nieporozumienie, ponad dwu tysiącletnia ściema. Nie wierzę ani w Boga, ani w Allacha, ani Buddę. Nie wierzę. Bóg nie jest mi potrzebny do szczęścia. W moim umyśle nie ma miejsca na modlitwy, spowiedzi i rachunki sumienia. Tylko czemu nie mogę nigdzie znaleźć zrozumienia? Czemu ludziom tak trudno jest pojąć, że mój ateizm nie wynika z młodzieńczego buntu, ani wygodnictwa? mój ateizm wynika z moich przekonań. Poza tym, to że jestem ateistą, nie oznacza, że jestem złym człowiekiem. Nie muszę być chrześcijaninem, by działać zgodnie z dekalogiem. Nie zabijam, nie kradnę, kocham swoją matkę, szanuję przyjaciół. Więc w czym, do cholery, problem?
Czemu ludzie, w sumie jeden, a tak naprawdę własna matka nie jest w stanie uszanować mojego ateizmu? Ja szanuję jej wiarę, chociaż dla mnie to wszystko jest jeden pic na wodę, totalna bzdura, bajka, nieporozumienie, ponad dwu tysiącletnia ściema. Nie wierzę ani w Boga, ani w Allacha, ani Buddę. Nie wierzę. Bóg nie jest mi potrzebny do szczęścia. W moim umyśle nie ma miejsca na modlitwy, spowiedzi i rachunki sumienia. Tylko czemu nie mogę nigdzie znaleźć zrozumienia? Czemu ludziom tak trudno jest pojąć, że mój ateizm nie wynika z młodzieńczego buntu, ani wygodnictwa? mój ateizm wynika z moich przekonań. Poza tym, to że jestem ateistą, nie oznacza, że jestem złym człowiekiem. Nie muszę być chrześcijaninem, by działać zgodnie z dekalogiem. Nie zabijam, nie kradnę, kocham swoją matkę, szanuję przyjaciół. Więc w czym, do cholery, problem?


